środa, 22 stycznia 2014

Blogoslawieni bogaci....

Dzis krotko!!! Niestety zycie (oraz ja sam) niespodzianek mi nie szczedzi (dzieki czemu mam ciekawsze zycie niz przewiduje srednia statystyczna - nad czym ubolewa moja Piekniejsza Polowa), co nie sluzy pisaniu na blogu (choc prawde mowiac, mam akurat prze... pisane, ze ta sparafrazuje popularne powiedzenie).

I choc ciekawych rzeczy mozna sie w internecie dowiedziec na temat bogactwa, to do jeszcze ciekawszych wnioskow mozna dojsc czytajac... . A chocby takich, ze bogaci posiadajacy takie olbrzymie zasoby a zmuszeni przez pazernosc Lewiatanowych Fikusow wszystkie je poupychac po ciemnych katach coraz to zadszych rajow podatkowych a nie puscic w ruch (kupujac sobie chocby kolejny samolot, czy tez inne nieruchomosci, co mogloby przyspozyc troche miejsc pracy) a nie kisic w przepastnych kazamatach... .

A wszyscy ci, co to nawoluja aby bogatym odebrac aby oddac biednym*, to wcale im o biednych nie chodzi tylko o te bogactwa. Bo jesli tak bardzo by kochali biednych i biede, to poszliby, dawno juz przetartym przez  Francuzika z Asyzu szlakiem... .

Ale nieee...!!! Wszyscy chca isc sladami wesolej kompanii Robin Hooda, Janosika a przede wszystkim kompanii, juz mniej wesolej, Lenina i Stalina...!!! Ciekawe dlaczego...??!!!??

Oby kazdy z Was mial piwniczke wypelniona takimi sztabkami, 
z ktorej na codzien czerpalibyscie garsciami!!
I tego wszystkim zycze na Nowy Rok ;)


Ci zas, ktorzy, z roznych powodow, dzielic sie bogactwem innych bogaczy dzielic nie chca, chca dobra biednych... . Ale to problem tychze naiwnych biednych... . 
_________________________________________________________________________________
* Sami kreujac sie na tych, co to najsprawiedliwiej te dobra by rozdali (i jak uczy historia, wcale sobie nie zalujac udzialu w tym podziale!).
WebRep
currentVote
noRating
noWeight

niedziela, 19 stycznia 2014

O tempora, ho Morales, czyli rzecz o glosnej akcji prywatno-spolecznej

"O tempora, ho Morales" - jak byl mawial wielki przywodca nie mniej wielkiego narodu kubanskiego Castro (a jak nie mawial, to na pewno mogl tak mowic ;)* . 

Na temat WOSP-u wylano juz duzo atramentu - zarowno tego tradycyjnego (czyli jak sie popularnie dzis mowi o tradycyjnych technologiach - analogowego), jak i tego cyfrowego (czy jak tam kto woli: e-atramentu :) . 

Nie bede sie zbytnio rozplywal nad zaletami (jesli jakies inne sa niz dawanie satyfakcji darczyncom a organizatorom przysparzajac wartosci dodanej /ale bez podatku VAT/), czy tez wadami (do ktorych moze nalezec, nomen-omen, dalsza praktyka niedofinansowania "sluzby zdrowia" - bo skoro "Jurek Owsiak" nazbiera troche grosza na brakujacy sprzet, to po co maja wysilac mozgownice Jasnie (Jupiterami) Oswiecani aby po gospodarsku gospodarowac "skladkami" na ubezpieczenie zdrowotne :(

Pomimo znajomosci mojego, co najmniej sceptycznego, stosunku do WOSP-u, po raz drugi Moja Zenska Latorosl wziela w nim udzial. Przekonac w dyskusji ani swej Piekniejsze Polowy, ani tym bardziej mojej Zenskiej Latorosli nie moglem - mimo logiki i prawdziwosci argumentacji... . Czasami nie ma innego wyjscia, niz pozwolic sie dziecku wziac za bary bezposrednio z danym problemem. 

Juz pierwsza rysa w krysztalowo czystym wizerunku WOSP-u (z punktu widzenia mojej Zenskiej Latorosli) pojawil sie w momencie kiedy okazalo sie, ze w tym roku "Orkiestra" nie zagra w Antwerpii... . I antwerpscy wolontariusze musieli sie pokwapic do Brukseli... . 

Coz, od dawna wiadomo, ze praca spoleczna wymaga ofiarnosci i poswiecenia!

Mowiac po krotce - kontakt z choroba czasami pomaga nabrac na nia odpornosc (gdy system immunologiczny organizmu jeszcze funkcjonuje). 

I tak tez bylo w tym przypadku - cierpliwosc i z mojej strony i udzial ze strony mojej Zenskiej Latorosli uodpornily ja na pomysly wspierania akcji, ktore sluza prywatnemu pijarowi oraz zbijania kokosow Fundacji Zloty Melon... .
_______________________________________________________________________
* zniecierpliwiony spogladajac na zegarek - dar przywodcy narodu sowieckiego :P

piątek, 3 stycznia 2014

Polak potrafi, czyli o wydajnosci pracy na emigracji

Jeszcze w okresie przedswiatecznym toczylem dyskusje z moim druhem serdecznym Zeglarzem dotyczaca m.in.: roznicy w wydajnosci pracy Szacownych Rodakow pracujacych w Pieknym Kraju nad Wisla oraz w innych okolicznosciach geograficznych (zwanych potocznie i naukowo emigracja). 

Materia tematu jest ciut za skomplikowana aby ja tak z marszu omowic podczas skype'owej dyskusji. W wyniku swiateczno-noworocznych zobowiazan rodzinno-towarzyskich (oraz planowemu po nich lenistwu) na moja odpowiedz druh moj serdeczny Zeglarz musial byl wykazac olimpijska wprost cierpliwosc... .

Z grubsza ciosajac materie tematu, mozna powiedziec, ze przyczyny innej wydajnosci Polaka pracujacego za granica i w kraju, mozna podzielic na 2 grupy: wewnetrzne i zewnetrzne. 

Zacznijmy od tych drugich (jako, ze latwiejsze do zaobserwowania) i od razu podzielmy je na funkcjonalne i strukturalne. Struktury w Kwitnacym Kraju nad Wisla sa zabetonowane na amen a dostep do zasobow od lat jest ustalona i okropnie trudno jest z nowa inicjatywa wystartowac. A jak juz sie jakis kamikadze znajdzie (szczegolnie wsrod tych, ktorzy uwierzyli w mit "Zielonej Wyspy" /i nie mowie tu o magii Irlandii/) i po powrocie z emigracji z pewna rezerwa gotowki zalozy jakis biznes (pokonujac jakis makabryczny tor przeszkod admisnistracyjnych), to juz ZUS z US-em (czyli oba przejawy systemu fiskalnego stwora) zrobia wszystko aby sie biznes zakonczyl szybko i bolesnie oraz dosc czesto drogo... . I kamikadze wracac musi na emigracje i odbudowujac tam swoje zycie zawodowe i spoleczne odrabiac straty... .

Zastygla struktura spoleczna i zastygle struktury myslowe biurokracji panstwowej (bo przeciez nie ich "zastyglosc", gdyz struktury te przejawiaja dosc powazna dynamike rozwoju - zgodnie z reszta z prawem Parkinsona) nie sprzyjaja pojawianiu sie nowych inicjatyw - chocby i dlatego, ze Lewiatan, jak i krowy raczej wola swieza trawe i dlatego nie ma sie co dziwic, ze pozeraja w pierwszej kolejnosci nowo otwarte firmy (bo i mniej doswiadczone, i oczywiscie mniejsze niebezpieczenstwo, ze fiskus pozera kogos powiazanego rodzinnie lub towarzysko ze "swoimi"...). Zazdrosc "malych i wrednych" (dosc czesto zatrudnianych jako "mierni i wierni" z nadania partyjnego lub towarzysko-rodzinnego) tez wydaje sie nie do przecenienia. Jesli dorzucimy do tego potezna dezindustrializacje kraju powiazana z likwidacja wielkiej ilosci miejsc pracy rowniez poza przemyslem przez wszystkie ekipy "pookragostolowe" to mamy juz w miare kompletny obraz, nie tyle "po bitwie", co "leju po bombie".

Wrocmy teraz do osoby samego emigranta. W Polsce, tzn. zanim jeszcze zaczal jeszcze zastanawiac sie nad wyjazdem "za chlebem", czlowiek ten dosc czesto chcial pracowac (a jak jeszcze do tego mlody i nadziany ideami rzetelnej, wydajnej i tzw. "profesjonalnej" pracy) i pracowal wydajnie i czeso byc moze ponad sily. Ale jego motywacje do pracy szybko zgasili przelozeni (ambitny, pracowity i utalentowany "mlody" jest jakby nie patrzec zagrozeniem dla "starego") a reszty dopelnila pensja zbyt niska aby zyc i jednoczesnie zbyt wysoka aby umrzec (lub nawet udac sie po zasilek, gdyby juz rosnaca kupka zaleglych rachunkow zlamala dume). Przeciez w takiej sytuacji nie tylko pracowac juz sie odechciewa ale i chec do zycia czlowiekowi przechodzi... .

Moze tak powinno wygladac moje zycie na emigracji...??!!??


Oczywiscie mozna od takich pracodawcow uciec w samozatrudnienie... . I tu sa dwie mozliwosci (tak z grubsza!) - praca bez zadnych dokumentow (zwana przewrotnie nielegalna - mimo, ze nie jest to wykonanie zlecenia morderstwa lub rabowania na rozstajach drog niewinnych wedrowcow) albo praca z  dokumentami (umowa o dzielo lub samozatrudnienie). Zleceniodawca to czesto taki sam szef jak w przypadku zatrudnienia sie u niego jako pracownik (i z takim samym podejsciem - zaleglosci w platnosciach, nieregularne zlecenia...). A jesli do tego wezmiemy ZUS, ktory trzeba placic niezaleznie od przeplywow finansowych i koniecznosc zatrudniania w takiej lub innej formie ksiegowej (bo inaczej US zamknie nie tylko interes ale i przedsiebiorce - smutny los Ala Capone, ktorego nie FBI ale urzad skarbowy zamknal na kosmicznie dluga odsiadke niech bedzie przestroga dla wszyskich kandydatow na przedsiebiorcow).

Po probie emigracji wewnatrzkrajowej zabrac sie czesto trzeba za granice. Tu nie tylko czeka na niego srodowisko obce jezykowo i kulturowo ale i czesto jeszcze wrogo nastawione srodowisko wspolemigrantow, ktorzy konkuruja z nim na ograniczonym przeciez rynku pracy (o prawdziwosci powiedzenia, ze "Polak, ktory Ci nie zaszkodzil, juz Ci pomogl" jest dosc prostym i eleganckim w swej prostocie podsumowaniem roznych negatywnych zjawisk - polscy emigranci mi swiadkami!). W innych okolicznosciach geograficznych i kulturowych juz sama wysokosc pensji zacheca na dzien dobry do wydajnej i ciezkiej pracy (a sila nabywcza pieniadza mimo kryzysu nadal jest dosc wysoka). 

Tutaj tez istnieja ograniczenia strukturalne, ktore np. w Belgii objawiaja sie tym, ze szalenie trudno (znana mi praktyka mowi, ze jest to niemozliwe ale nie prowadzilem ogolnokrajowych badan) jest tu emigrantowi dostac sie na stanowisko kierownicze mimo bogatego doswiadczenia zawodowego w roznych krajach...!!! 

Oprocz tego Polak za granica musi byc (przy podobnej pensji) co najmniej 2 razy bardziej wydajny niz "miejscowy" (i dosc czesto posiada wyzsze kwalifikacje niz "miejscowy"). Chetniej pracuje dluzej - bo raz, ze "czuje sile wlasnych pieniedzy" a dwa - dosc czesto rodzina pozostala w Polsce a on tu mieszka co najwyzej z kolegami (no i coby nie przebimbac calej pensji bezpieczniej jest pracowac 5-6 dni w tygodniu oficjalnie a w niedziele "bez muzyki"... . A jak dodamy do tego jeszcze calkiem realna perspektywe realizacji marzen, to mamy dobrze zmotywowanego pracownika.

Czesto spotykam sie na codzien z przypadkami tzw. krolewskiej choroby belgijskiej polegajacej na tym, ze wzorujac sie na pracownikach Belgach, Polak-emigrant zapomina co bylo przyczyna jego sukcesu na rynku pracy... . A zachorowania na nia przydarzaja sie Polakom-emigrantom w roznych okolicznosciach przyrody. Ale o tym opowiem Wam, Drodzy Czytelnicy, innym razem...!!

sobota, 21 grudnia 2013

Ouderscontact czyli wywiadowkowy maraton z przeszkodami

Ostatni tydzien przyniosl wiele roznych wydarzen w zyciu osobistym. Glownie za sprawa Latorosli. W ostatni czwartek bylo wiec urwanie glowy. Przez wywiadowki. Ze wzgledu na te wszystkie wydarzenia dzien roboczy w tym tygodniu zaczynal mi sie o godz. 3.30 i wracalismy wczesniej do domu (by moc zalatwic rozne sprawy). Dzieki temu ci z nas, ktorzy na Swieta planowali jechac do Polski, pozalatwiali wszystkie sprawy a reszta miala wiecej czasu na zycie rodzinne (i inne sprawy formalne).

Po powrocie do domu wpadlem pod prysznic. Po czym popedzilem do szkoly Zenskiej Latorosli (oczywscie w asyscie samej Latorosli). Szybki spacerek na tramwaj a tam dzikie tlumy. No taak! Cala okolica udaje sie w tym samym celu do szkoly swojej pociechy. Sledzie w beczce zapewne maja wiecej miejsca i w porownaniu do nas raczej mecza sie w luksusie...!

A tam kolejka, jak za starych komunistycznych czasow w PRL-u. Najpierw postalismy w kolejce do Sympatycznej Pani, ktora przydzielila nam nr stolika. Po czym ponad kwadrans oczekiwania na Pania Wychowawczynia. Kolejne 15 min. uplynelo nam na podsuowanie semestru zimowego Zenskiej Latorosli. Kurzgalopkiem na tramwaj i heja do domu. 

Szybka improwizowana kolacja i do szkoly Meskiej Latorosli (tym razem bez zainteresowanej Latorosli a z Piekniejsza Polowa). Kilkanascie minut oczekiwania przed sala zajec. Po czym ok. 20 min. spotkanie z wychowawca Dziedzica.... .



O 20.00 zasiadlem na swojej ulubionej kanapie... I zasnalem :) . Piekniejsza Polowa obudzila mnie abym poszedl spac do sypialni... . Jakby na kanapie bylo mi niewygodnie...!!?!!

Co prawda jedynie we czwartek mialem wywiadowki ale w inne dni tygodnia juz moja Piekniejsza Polowa zadbala o to abym mial podobne atrakcje popoludniowo-wieczorne. Przeciez mamy sezon przygotowan swiatecznych ;) .

Wlasnie dlatego nie starczylo mi czasu aby napisac male co nieco dla mojego przyjaciela Zeglarza zwanego przeze mnie pieszczotliwie Kapitanem.

wtorek, 10 grudnia 2013

Pozdrowienia od inkasenta czyli jak zrobilismy sobie prezent na Gwiazdke

Po powrocie do domu znalazlem w skrzynce miedzy innymi listami pozdrowienia od PIDPY (dostawca wody w naszej okolicy). 

Juz na pierwszej stronie radosna nowina i to nie tylko jedna ale az 3 


A na drugiej stronie same powazne dane ... .


Podstawowym powodem, dlaczego chwale sie przed gronem Szacownych Czytelnikow fakturami za wode, jest przelozenie idei na praktyke. Czyli mowiac wprost po polsku - tak swiadome i etyczne dzialanie przeklada sie na zawartosc naszej kieszeni.

Zanim przejdziemymy do tej eko-etycznej ksiegowosci pare slow wyjasnien:

- jest to faktura za zuzycie wody na pierwszym pietrze naszego domu (gdzie na dobra sprawe wode zuzywa pralka, toaleta oraz wanna),

-  na drugiej stronie jest graficzne zuzycie wody ( rok 2011 zuzycie bez stosowania systemu "analogowej szarej wody", rok 2012 stosowanie systemu "analogowej szarej wody" od czasu do czasu, rok 2013 "analogowa szara woda" stosowana w miare systematycznie),

-  nasza rodzina sklada sie z 4 osob (ale w roku 2011 mielismy sublokatora przez kilka miesiecy w 2012 roku byl mieszkal drugi sublokator przez porownywalny okres),

-  placilismy kwartalna zaliczke w wysokosci 75€.

W 2011 roku mielismy zuzycie wody 395 l dziennie. Kiedy, jak to ujela moja Piekniejsza Polowa, rozpoczalem "strugac wariata ganiajac po chacie z wiaderkami"*, po kilku miesiacach okazalo sie, ze w szkole mojej Zenskiej Latorosli na lekcji przyrody wystartowal projekt "szara woda". Oczywiscie nie omieszkala ona pochwalic sie, ze w naszym domu ten system juz funkcjonuje (czego sie nie robi aby zlapac plusa w szkole ;) . Wychodzi na to, ze antycypowalem ten projekt (calkiem nieswiadomie ;) . Dziedziczka byla wielce zdziwiona tym "ancymonowaniem", ktore jej sie raczej negatywnie kojarzylo a w szkole nauczycielka wielce sobie chwalila moja inicjatywe, stawiajac za wzor w podejsciu do tematyki racjonalnej gospodarki gospodarki woda pitna.

Dzis otrzymalismy (gdyz takiego projektu nie da sie w domu prowadzic samotnie) pisemne potwierdzenie od firmy ze 100-letnia tradycja wraz z nagroda pieniezna wynoszaca ponad 200€ (gdyz oprocz zwrotu 108,40 € nie musimy juz placic faktury za 4 kwartal a nastepna fakture w wysokosci 42 € otrzymamy w lutym). 

Oczywiscie rachunki kwartalne w nastepnym roku beda nizsze. Coz w pierwszym roku sporadycznego  stosowania systemu oszczednosc byla dosc pokazna - prawie 47%, nastepny rok stosowania spowodowal spadek zuzycia o 41,5% w stosunku do roku poprzedzajacego oraz 69% w stosunku do roku 2011. W przeliczeniu na gotowke oznacza to spadek wydatkow z ok. 430€ rocznie do niecalych 185... .

Biorac pod uwage niedoskonalosci naszego systemu "analogowej szarej wody", czyli:

- straty zgromadzonej szarej wody wynosza dzis okolo 50% (i tylko z pierwszego pietra naszego domu gromadzimy szara wode - mozliwosci techniczne nie pozwalaja nam na "szare szalenstwo" na parterze),

- zuzycie wody na obsluge systemu (gruntowne umycie wanny raz dziennie tez zuzywa wode),

- liberalne podejscie w stosunku do gosci (nikogo nie zmuszamy do jego uzywania i z reguly korzystaja z tradycyjnej spluczki),

istnieje jeszcze niewykorzystany potencjal w tym naszym "wiaderkowym" szalenstwie ;) .

Na zakonczenie dodam, ze nie zamierzam stawac w szranki z Remigiuszem i jego oszczednym blogiem. A wrecz przeciwnie - jesli beda przydatne w jakims wpisie informacje z mojego blogu, moze spokojnie dac linka do mojego wpisu!

_______________________________________________________________________
* System skladajacy sie z wanny, w ktorej gromadzimy wode z pralki oraz po ostatniej kapieli oraz 2 wiaderek stanowi system naszej "analogowej szarej wody". 

Naszym marzeniem (a najwiekszym chyba moim, choc wydaje mi sie, ze nie mniej rowniez mojej Piekniejszej Polowy) jest zalozenie "cyfrowej szarej wody" skladajacej sie ze zbiornika na szara wode, systemu filtrow, pompki, oraz oddzielnej sieci rur.

piątek, 6 grudnia 2013

Afrodytyzm, czyli aforyzm na Mikolaja...

Cos mi sie przypomnialo... . I nie bardzo nawet sobie przypominam, skad... :( A moze sam to wymyslilem?!?* Nie wiem! Ale podejrzewam, ze moze to byc dobra recepta (przynajmniej na dobre samopoczucie):

Nie oczekuj niczego 
i 
badz gotowy (a) 
na wszystko!

Piszac dzis tytul poczatkowo sie przejezyczylem ale ostatecznie te przejezyczenie nie jest takie zle!! ;)

Jej Wysokosc Afrodyta w calej krasie!

_______________________________________________________________________
* Co najmniej natchnely mnie wpisy i komentarze (rowniez u mnie na blogu) Szacownej Kiry i Drogiej Basi.

poniedziałek, 2 grudnia 2013

"Czwarta nad ranem..."

Pobudka juz przed czwarta... ;)

Zapewne czesc z Szacownych Autorow moich ulubionych blogow zastanawia sie o strasznie zwariowanych porach czytania ich wpisow... . W dni powszednie mam czas na swoj poranny rytual w przedziale czasowym 4.00-5.15. Nie tylko taka zmiana zaszla w moich porannych zwyczajach - niestety w zwiazku z tak wczesnym "zrywaniem sie" z cieplutkiego lozka, cappuccino pijam dopiero w okolicy godz. 6.00 (juz w kontenerze na budowie). 

Czasami udaje mi sie wykrzesac o tej wczesnej porze sklecic jakis sensowny komentarz (choc prawde mowiac nie jest to latwe - bo wymagam powolnego i dlugiego startu w nowy dzien ;).  Wieczorem zas, juz po kolacji oraz spelnieniu roznych obowiazkow domowych i rodzicielskich (w tym pomoc mojej Meskiej Latorosli w odrabianiu prac domowych), nie zawsze udaje mi sie zachowac przytomnosc (usiadzie czlowiek na chwile i urywa mu sie wizja i fonia a dziala jedynie naglosnienie ;) :D . 

Weekendami zas plan wyglad najczesciej tak, ze w sobote robimy tygodniowe zakupy oraz generalnie sprzatanie domu (oraz powozow). Sobotnie wieczory (a czasami popoludnia) to spacery dookola Fortu, odwiedziny znajomych lub spokojny wieczor w domu przed kominkiem. Niedziela rozpozyna sie rodzinnym sniadankiem o 9.00. Do obiadu spokojne dzialania rozne. Po obiedzie spacer lub kawa (u znajomych albo u nas). Systematyczna i schematyczna nuda. Ale co najwazniejsze - nam to odpowiada (czasami weekendami wybieramy sie na zwiedzanie - ale w tym roku zaleglosci finansowe mamy tak duze do odrobienia, ze dopiero na wiosne gdzies dalej wyjedziemy...). 

Wyjazd do pracy, praca oraz powrot codziennie zajmuje mi jakies 13 godzin (kawalek dojezdzamy - w ta i z powrotem w sumie bedzie 180 km). Praca hydraulika nie zawsze jest lekka (a w budownictwie przemyslowym to juz na pewno), wiec te kilka miesiecy lenistwa dosc intensywnie i aktywnie wypacam ;) . Moze za jakis czas przyzwyczaje sie do tego systematycznego wysilku - jak na razie pozostaje mi pot i kurz...!!